
|
2011-06-10 14:27:19 >> 10.06.2011
Gdy umrze nadzieja
Pozostaje jeszcze człowiek Patrzy za siebie Nie pytając już Dlaczego? I po co? Patrzy przed siebie Zadając sobie pytanie Jak? I kiedy? Gdy umrze nadzieja Wciąż jest człowiek W swoim pokoju Nie budząc nikogo We własnej wannie Przy szumie wody Na starym dębie Gdzieś pośrodku lasu Na wysokim moście Z szarą ulicą w dole Ostatnia nie umiera nadzieja Ostatni umiera człowiek skomentuj (3) 2010-04-12 16:17:53 >> "Dogmat"
Gościnnie dziś wiersz autorstwa Nomaka. Wierzę, że spodoba wam się tak jak i mi.
Rabunek! Zgwałconych myśli przez media. Pożoga! Serc karmionych kłamstwami. Rutyna! Umysłów w urojonych klatkach. Grzech! Populacji wpajanych haniebne dogmatów. Rozpusta! W mnogości jednego wyboru. Morderstwo! Kreatywności szlaków i patentów. Śmierć! Bezwzględna rotacja skorumpowanego czasu. Uroboros... skomentuj (4) 2010-03-14 11:48:19 >> "Cicha jest noc"
Cicha jest noc
Milczące ściany dookoła Kto patrzy w niebo ten wie Nie spłoszy gwiazd I tylko smutny zgarbiony poeta Szepcze swe wielkie zaklęcia Chcąc zatrzymać czas Piękna jest noc W blasku świec Naga aksamitna skóra kochanki Toast za nieistnienie We własnym życiu Karmazynowe wino Szkarłatna krew Chwile Wszystko upływa zbyt szybko Dziwna jest noc Sabat czarownic Wiersz i wiedźma Wyrywają się spod kontroli Seksualne uniesienie Ostatni lot na miotle Papier skropiony łzami Karmazynowymi? Szkarłatnymi? Pusta kartka testamentu Rosyjska ruletka Spocone dłonie Chłodna rękojęść rewolweru W bębenku wspomnienia miast kul Ostatnie spojrzenie na jej blade ciało Lufa przy skroni Tylko płomienie gwarantują szczerość Sumienie ciagnące za spust Już świt skomentuj (3) 2009-12-28 01:55:52 >> Do ukochanej Wiesz Mała, boję się. Ciężko mi, cholernie mi ciężko. Wiesz? Zwlec się skoro świt z łóżka, Przełknąć kolejny kęs chleba na śniadanie, Wyjść, gdy tylko mgła czeka przed drzwiami, Harować ile sił do ciemnej nocy, Ciężko mi z tym wszystkim Mała. Każdego dnia chcę rzucić to w cholerę. Ale wiesz co? Mówię sobie wtedy, ze to dla Ciebie Mała, Że robię to wszystko dla Ciebie. I lżej mi, do diabła lżej mi! Lżej się wstaje, lżej się pracuje, Lżej żyje... To dzięki Tobie moja Mała, Dzięki Tobie wiem, że jestem komuś potrzebny, Że to co robię ma sens. Wsiadam do autobusu. Przemęczony i zmarznięty patrzę za okno. Widzę Twój uśmiech, Twoje usta szepczące: „Kocham Cię”. I już teraz wiem, że mówią to do mnie, Tylko do mnie. Wiem też, że w tych dwóch słowach Oddałaś mi to, co miałaś. Mówiłem Ci, że jestem milionerem? O tak Mała, jestem bogaty! Mam wszystko czego pragnę. Mój przystanek, wysiadam, poczekaj chwilę, Zaraz znowu coś dopiszę. Idę Świdnicką, krasnale patrzą na mnie Skręcam za róg i nagle trach! To życie uderzyło mnie w twarz. Teraz widzę moja Mała, ono wszędzie jest! Życie! Życie! Życie! Skacze nam wciąż do gardeł, pcha się do toreb, Wskakuje na plecy, jest wszędzie! Nawet w fontannie jest, czeka by je garściami brać. Właśnie mijam młodą parę, trzymają się za ręce. Wiesz Mała? Obok siebie idą, uśmiechają się. I znów smutek mnie ogarnia, znów mi ciężko. Samotność przybrała formę cienia i kroczy za mną nieustannie. Gdzie jesteś Mała? Trzysta dziewięć kilometrów tęsknoty jest między nami. Och, żebyś wiedziała jak się boję co dnia! Ale wiesz co wtedy sobie mówię? Że tylko odległość dzieli nas. Wszystko inne łączy nas i się w nas. Jedna rzecz nas dzieli, to przecież tak niewiele. Wkrótce znów się spotkamy moja Mała. Będę czekał „Pod Aniołem”. Pamiętasz? Ty mnie tam zabrałaś. Piękną różą poczęstuję Cię na przywitanie. A gdy usta Twe znów będą szeptać tylko do mnie, Złożę na nich pocałunek wędrowca. Wędrowca, który pokona sześć godzin, Sześć godzin tęsknoty jakie dzielą nas. Nic nas wtedy nie rozłączy, Nikt nas nie rozerwie. Zamówię dwa piwa, usiądziemy, W smętnym jazzie zasłuchani cieszyć się będziemy. Wiesz Mała, ciężko mi jak cholera. Ale wytrzymam, wytrzymam to dla Ciebie. Dla Ciebie i dla siebie. Kocham Cię Mała. skomentuj (9) 2009-11-18 12:44:55 >> "Oto mój bilet"
Dworzec kolejowy Jestem sam Lecz nie czuję się samotny Jest wielu takich jak ja Bez domu Bez kawałka chleba Bez własnego koca
Ci co nie zdążyli…
Trwając w bezsennym śnie Cierpliwie wyczekują świtu Potem ruszą Do codziennej walki O kawałek chleba O tanią nalewkę O kartonowe pudło
Ci co nie zdążyli…
Mój pociąg Dziś znów nie przyjechał Pociąg widmo do nikąd Kiedyś widziałem go na peronie Trzymałem w ręku bilet Nie zdążyłem Jak wielu innych
Ci co nie zdążyli…
Zawsze są w pobliżu Z nadzieją spoglądają na rozkład W workach i wózkach Taszczą dorobek życia Siedzą na pustym peronie Poczekam wraz z nimi Wciąż mam mój bilet skomentuj (5) 2009-09-26 22:56:00 >> Nowa probka poezji: "Krótka historia tragicznej miłości" Jestem sam. skomentuj (4) 2009-05-09 22:13:51 >> "Wiersz, którego nie można przestać czytać" , . , . , ? , ? , . . . skomentuj (5) 2008-12-03 05:06:52 >> „Zwycięstwo jest rzeczą ważną, ale...” „Zwycięstwo jest rzeczą ważną, ale...”
6.00 rano. 10 lipca. Środek wakacji. Zapowiadał się gorący dzień. Jego nogi miarowo wystukiwały rytm. Rum tum tum – Rum tum tum. Było parno. Będzie ulewa – pomyślał. Biegł leśną drogą. Właściwie nie wiedział dlaczego. To zaczęło się z początkiem wakacji. Maurycy skończył piątą klasę i zaczął biegać. Bez powodu. Od drugiej klasy nie ćwiczył na wychowaniu fizycznym – miał problemy z sercem. Nigdy zresztą nie lubił sportu. Teraz jednak biegł, a co najważniejsze – sprawiało mu to przyjemność. Jego rodzice tylko kręcili głową, bojąc się, że serce chłopca może nie wytrzymać tej nowej pasji. Krople deszczu zaczęły przemykać się między liściastym sufitem i ciężko uderzały o leśną ściółkę. Przed chwilą było gorąco – przemknęło mu przez myśl – która teraz może być godzina? Spojrzał na zegarek i zatrzymał się. 17.30! Szok odebrał mu głos. A szkoda, bo chciał krzyczeć. Uspokoił się po dłuższej chwili. Zaśmiał się z własnej głupoty. Wiedział co się stało. Jedynym racjonalnym wytłumaczeniem tej sytuacji było to, że zegarek się zepsuł. Usiadł na poboczu, wyciągnął z plecaka telefon i spojrzał na godzinę. 17.32! - Niemożliwe – zdołał z siebie wydusić i niepewnie ruszył dalej. Przebiegł jeszcze kawałek i wybiegł na główną drogę. Pobiegł wzdłuż niej, w stronę domu. Po mniej więcej 15 minutach dobiegł do tablicy, na której widniały odległości do poszczególnych miejscowości. Po chwili odnalazł swoje ukochane Zakopane. - 62 kilometry?! – zapytał sam siebie.
***
Siedmiu. Tylko siedmiu, albo aż siedmiu. Siedmiu przeciwników. I on. Już na początku szóstej klasy podstawówki wygrał bieg na dwa kilometry. W tym samym roku szkolnym został mistrzem Województwa na 1500 metrów. Potem były wakacje, w czasie, których ostro trenował, aby w gimnazjum sięgnąć po kolejne trofea. Trenował jednak zbyt ostro. Pod koniec lipca naderwał więzadła krzyżowe. Leczył kontuzję i wracał na bieżnię. I znów kontuzja. Tak przez cztery lata. Przyjaciele, znajomi i nauczyciele nie chcieli go zniechęcać, ale zdarzało im się nieraz szeptać, że jego kariera już się skończyła. Przewlekła kontuzja, zmęczenie i prześladujący go pech. To wszystko złożyło się na zwątpienie jego bliskich. Zadziwił, więc wszystkich gdy okazało się, że weźmie udział w eliminacjach szkolnych na 10 000 metrów. Było to o tyle dziwne, że nigdy nie biegał na takim dystansie. Mimo to zwyciężył. Potem wygrał Finał Powiatowy i Finały Regionalne. Wrócił na szczyt. Pojechał na mistrzostwa województwa, Był tam już po raz drugi. I po raz drugi zwyciężył. Teraz ma 18 lat. Stoi na bieżni Warszawskiego stadionu. Jest 24 maja. Stadion jest wypełniony po brzegi uczniami pobliskich szkół, łowcami talentów, fanami lekkoatletyki. Maurycy był wśród ośmiu finalistów mistrzostw polski szkół średnich w biegu na 10 000 metrów. W krajowych mistrzostwach startuje pierwszy raz w życiu. Być może ostatni. Był najmłodszy spośród zawodników. Faworytem był chłopak z trzeciego toru. Wysoki, dobrze zbudowany. Klatka piersiowa nienaturalnie szeroka, ręce mocno umięśnione, a nogi jak ze stali. On stał na torze siódmym – spokojny, skoncentrowany. Bał się tego biegu, lecz w najmniejszym nawet stopniu nie okazywał tego. Ustawili się na linii startu. Jak błyskawica padły komendy: „gotowi”, „start”. Ruszyli. Mistrzostwa Polski. Dziesięć kilometrów. Dwadzieścia pięć okrążeń stadionu. On wystartował najszybciej z nich. Potem zwolnił, pozwolił się wyprzedzić. Po trzech okrążeniach był już lekko zmęczony – faworyt narzucił mordercze tempo. Miał już nad Maurycym 50 metrów przewagi. Po siedmiu okrążeniach różnica wzrosła do stu metrów. Przy trzynastym było to już pół okrążenia. Jego strata była coraz większa. Dasz radę – mówił sobie – dasz radę! Siedemnaste okrążenie – trzysta metrów straty. Teraz! – zganił siebie samego. Przyspieszył. Pot zalewał mu czoło. W duszy tylko jedna myśl – uda się. Biegł siódmy, jednak przy dziewiętnastym przesunął się na piątą pozycję. Dyszał. Ciężko dyszał. Nagle wydało mu się, że cały stadion słyszy jego oddech. Przesunął się na czwartą pozycję. Dwudzieste okrążenie. Przewaga faworyta zmniejszyła się do 150 metrów. Słabnie – przemknęło mu przez myśl, kiedy spojrzał na prowadzącego. Zmrużył powieki. Cholerne słońce – rzekł sam do siebie – jak na złość – cały maj leje, a dzisiaj musiało wyjść słońce. Psia krew!
***
- Chodź, rozmasuję Ci nogi – trener zawołał Maurycego i kazał mu siąść na ławce – dziś twój wielki dzień. Boisz się? – zapytał staruszek uśmiechając się ufnie. - Chyba tak. Najbardziej boję się porażki, ale to chyba już nie ma znaczenia, prawda? Udowodniłem wszystkim, że należę do najlepszych. - Mi udowodniłeś, wracając w ogóle do biegania po tej paskudnej kontuzji. Matce też udowodniłeś, że potrafisz przezwyciężyć trudności – mówił nie patrząc na Maurycego; jego ręce ociekające maścią rozgrzewającą uciskały uda i łydki zawodnika – znajomym też udowodniłeś, że jesteś wielki wygrywając finały wojewódzkie. Tylko co udowodniłeś sobie samemu? Nawet będąc mistrzem, masz coś do udowodnienia. Jesteś najlepszy? Tam na bieżni stoi siedmiu gości, którzy powiedzą o sobie to samo. Nie musisz wygrać, ktoś końcu przegrać musi, ale nie oddawaj im tytułu za darmo. Pewien mądry człowiek powiedział: „Zwycięstwo jest rzeczą ważną...” - „...ale najważniejszy jest udział w walce”. Pamiętam trenerze – rzekł Maurycy podnosząc się z ławki – dam z siebie wszystko.
***
Krok za krokiem, metr po metrze przesuwał się do przodu. Był drugi, ze stratą do prowadzącego jakiś pięćdziesięciu metrów. Zostało ostatnie okrążenie. Mimo iż stopy bolały go niemiłosiernie – przyspieszył. Dwadzieścia metrów do faworyta... piętnaście... dziesięć... pięć... . Na ostatniej prostej się zrównali. Biegli łeb w łeb. Publiczność wstała z miejsc. Maurycy przymknął powieki. Serce rozsadzało go od środka. Poczuł w ustach smak krwi, lecz mimo to nie zwolnił. Tuż za linią mety padł na ziemię. Nie był w stanie się poruszyć. Gdzieś nieopodal usłyszał krzyk matki. Po chwili była już przy nim i trzymała go za rękę. - Mamo, wygrałem? – zapytał ledwo słyszalnie. - Tak synku, wygrałeś – kiwnęła głową, a po jej policzku spłynęły dwie wielkie łzy.
***
Ksiądz skończył swoją mowę. Chciano zamknąć trumnę jednak matka Maurycego poprosiła, aby jeszcze przez chwilę pozostawić wieko otwarte. Podniosła się powoli z krzesła i prowadzona przez swego męża pod ramię zbliżyła się powoli do ciała swego syna. Z małego zawiniątka wyjęła medal mistrzostw Polski, wywalczony przed trzema dniami i włożyła go do trumny. Srebro zalśniło pod wpływem promieni słonecznych...
Pijany Anioł
Jedno ze starszych opowiadań i choć może nie powala na kolana, było jednym z ważniejszych w moim zyciu. Wartość sentymentalna do tego testu sprawiła, że w końcu postanowiłem poddać go pod głos krytyki. Zachęcam do wyrażania swojej opini w komentarzach. Wasze uwagi z pewnością pomogą mi przy kolejnych tekstach...
skomentuj (5) 2008-06-10 15:17:09 >> Jak słońce i księżyc
Suniemy po bezkresnym niebie Od wieków szukając siebie I choć wydajemy się być sobie przeznaczeni Wciąż ganiamy się dookoła ziemi Mimo że jedno bez drugiego żyć nie może Nigdy nie zaświecimy o tej samej porze Dzielą nas setki mil tęsknoty Lecz w jednym zgadzamy się co do joty
Nie każda miłość może być szczęśliwa Każda jednak musi być prawdziwa... skomentuj (2) 2008-01-17 23:32:39 >> "Mieszkałem w domu pełnym łez" Drzwi drżą niepewnie z podniecenia, Na myśl o dotyku Twej dłoni. Schody podstarzałe skrzypią niecierpliwie, Chcąc nieść Twe stopy wyżej i wyżej. Lustro zazdrośnie spogląda z ramy, Pragnąc choć na chwilę Twą urodę odziedziczyć.
Opuszczona komoda nerwowo Wysuwa zastałe szuflady. Kurz na półkach pęcznieje chcąc zwrócić Uwagę, że nie starłaś go jak zwykle. Wolne wieszaki smutno zwieszają Swe dumne, zmęczone ramiona.
Postacie z obrazów spoglądają wymownie Ze skargą, że to moja wina. Łóżko zrzucając mnie na podłogę, Tłumaczy, że byłem ledwie dodatkiem. Gramofon nie chce już puszczać płyt, Widać grał je, by ujrzeć w tańcu Ciebie.
Siedzę na sofie i płaczę. Wraz ze mną ronią łzy ściany i okna. Nawet ogień w palenisku zgasł Przygaszony łkaniem starego kominka. Wierzba posadzona niegdyś w ogrodzie Jakżeby inaczej – płacząca.
Patrzyłem z ulicy jak ogień trawi dom. Schody waląc się skrzypnęły ostatni raz. Nawet komin w płomiennych bojach zaprawiony Poziomem z podłogą zrównał się. I wierzba zapłakana, spopielona Do snu na żarzącej się trawie ułożyła swe konary.
Mieszkałem w domu pełnym łez. Mówię Ci mała, cały zalany był łzami. Już nie płaczę, nie mam domu, Cicho mruczę bluesa przy starej kamienicy. Kot na dachu patrzy na mnie Twoimi oczami. skomentuj (8) 2008-01-14 17:02:53 >> "Hołd dziecka" Dzieci spędzają sen z powiek, Dzieci wymagają ciągłej opieki, Dzieci zaprzątają wszystkie myśli, Dzieci pochłaniają resztki czasu, Dzieci wybrzydzają na jedzenie, Dzieci kłamią, kradną, oszukują, Dzieci włóczą się po nocach, Dzieci olewają naukę, Dzieci nie szanują zasad, Dzieci buntują się przeciw wszystkiemu, Dzieci piją, palą, ćpają, Dzieci nie okazują wdzięczności, Dzieci wiecznie czegoś chcą, Dzieci nie słuchają żadnych rad, Dzieci przynoszą więcej wstydu niż dumy, Dzieci wiedzą jak zranić. Rodzice... wciąż kochają. skomentuj (9) 2008-01-04 00:17:57 >> Słów kilka... Nazywam się Marek Śladowski, wkrótce skończę 20 lat, chciałbym zostać pisarzem. Jestem zakochany. Mieszkam we Wrocławiu, rodzice opłacają moje mieszkanie. Rzuciłem dwie uczelnie – prywatne. Pracuję na czarno roznosząc reklamy po domach za 6 zł na godzinę. I nie wiem o czym pisać. Ach! Gdyby tylko potok słów mógł wydobywać się spod moich palców jak za dotknięciem magicznej różdżki! Pisać bez zastanowienia, lecz trafnie – oto jest sztuka. Potrafię pisać zdania bez zastanowienia. Mają one jednak jedną wadę – są bezsensu. A może to nie wada? Może to zaleta? Pisarska abstrakcja? Zerwanie nie tylko z formą, lecz także z treścią? Zastanawiające... Czy po przeczytaniu tekstu, który właśnie piszę – będzie miał on jakiś sens dla mnie i dla czytelnika? Czym tak właściwie jest sens? Czymś pojmowanym przez ogół? Czymś co da się racjonalnie wyjaśnić? Czymś, popartym naukowymi źródłami: słownikami, encyklopediami? W takim razie nie chcę pisać z sensem, ani o sensie. Chcę pisać bezsensu o bezsensie! Bo tylko taka forma pisarska nie będzie mnie ograniczać. Nazywam się Marek Śladowski, wkrótce skończę 20 lat, chciałbym zostać pisarzem. Jestem zakochany. Mieszkam we Wrocławiu, rodzice opłacają moje mieszkanie. Rzuciłem dwie uczelnie – prywatne. Pracuję na czarno roznosząc reklamy po domach. Gdzie tu sens? Moje całe życie jest bezsensu. A może ja właśnie odnalazłem sens, a to świat jest bezsensu? Całkiem niedawno rzuciłem dziennikarstwo. Oficjalny powód: nie jestem zainteresowany tym kierunkiem, szkoda na to pieniędzy. A jak jest naprawdę? Dlaczego rzuciłem kolejną szkołę, do której musiałem chodzić tylko dwa dni w tygodniu, w której miałem dobrych znajomych, i która nie wymagała ode mnie, jak i od innych studentów zbyt wiele? Nie wiem. A może wiem? Czym jest dziennikarstwo? Formą zarobku – fakt. Czym poza tym? Dziennikarstwo jest najbardziej ograniczoną formą pisarstwa. Dziennikarz zostając dziennikarzem zgadza się na korekty w swoim tekście, zgadza się pisać na konkretny dzień, a nawet godzinę. Zgadza się pisać na zlecenie. Dziennikarz jest nikim. Pionkiem. Pachołkiem. Twórcą, w którym własna twórczość została zabita już w zalążku. Dziennikarz musi pisać z sensem. Dziennikarz nigdy nie będzie wolny. A ja tego właśnie szukam przez całe życie. Wolności. Wolności obywatelskiej, wolności słowa i myśli. Wolności działania. Dlaczego wciąż i wciąż stawiane są przede mną, przed nami, ograniczenia? Nazywam się Marek Śladowski, wkrótce skończę 20 lat, chciałbym zostać pisarzem. Jestem zakochany. Mieszkam we Wrocławiu, rodzice opłacają moje mieszkanie. Rzuciłem dwie uczelnie – prywatne. Pracuję na czarno. Bezsensu? Świat jest bezsensu! Bo świat więzi samego siebie! Błędne koło, które zatacza los niesie wciąż to samo i to samo! A ja chcę biegać, skakać, latać! Chcę być rybą w wodzie! Ptakiem w powietrzu! Dlaczego nie mogę wstać rano, wyjść na pustynię i włóczyć się po gorącym piasku całymi dniami? Dlaczego nie mogę po prostu położyć się na trawie i leżeć do usranej śmierci? I dlaczego edytor tekstu podkreśla mi słowo „usranej” ?! Chcę żeby świat akceptował każde słowo zrodzone w umyśle człowieka. Niezależnie od tego czy ma ono sens czy też nie. Sens jest usrany! Czym on jest? Kto mi na to odpowie? Kto zna tajemnicę wszechświata? Kto dał wam, nam, ludziom, prawo do rozróżniania sensu od bezsensu?! Zbyt wielkie to pojęcia byśmy mogli je oddzielić. Zbyt maluczcy jesteśmy dla tak wielkich spraw. Maluczcy?! Skąd! Ja jestem wielki! Jestem najpotężniejszy! We mnie jest siła i we mnie jest władza. I w każdym z was! Wystarczy uwierzyć w prawdę, bo prawda prędzej czy później jest wam pisana. Czy prawda ma sens? Czy kłamstwo ma sens? Jaki sens może mieć zakłamanie świata, w którym żyjemy? Nazywam się Marek Śladowski, wkrótce skończę 20 lat, chciałbym zostać pisarzem. Jestem zakochany. Mieszkam we Wrocławiu, rodzice opłacają moje mieszkanie. Rzuciłem dwie uczelnie – prywatne. Nie wierzę w sens. Sens. S-e-n-s. SENS. Cóż za bezsens. Stałem dzisiaj na przystanku autobusowym i widziałem bezsens świata. Widziałem was wszystkich. Wszystkich razem i każdego z osobna. Staliście tam z tymi swoimi plecakami, siatkami z zakupami, z dziećmi na rękach i w wózkach. Czekaliście. I choć każdy z was już trzy razy sprawdził na rozkładzie, że autobus jest o 17.01, to nie! Wszyscy, co do jednego wyglądaliście za róg i patrzyliście czy autobus nie jedzie, mimo, że była 16.53. Stałem razem z wami, na tym pieprzonym mrozie, i – co najzabawniejsze – wyglądałem razem z wami czekając aż skurwiel w końcu dotoczy się na przystanek. I – co jeszcze śmieszniejsze – tak samo jak wy wszyscy, gdy zobaczyłem go wjeżdżającego na przystanek poczułem złość, nieuzasadnioną nienawiść – dlaczego musiałem tyle na niego czekać?! Nic to, że przyjechał punktualnie – i tak wszyscy zdenerwowani stoją, jakby z żalem, że w ogóle przyjechał. Gdzie tu sens?! Gdzie tu logika?! Nic to, kierowca otworzył drzwi. Nic to, że był to przegubowiec mieszczący jakieś 40 osób na siedząco. Nic to, że był pusty, poza dwoma miejscami zajmowanymi przez jakiś nastolatków. Nic to, że każdy by się zmieścił. I tak, gdy drzwi się otwarły wszyscy zaczęliście się pchać na chama jakby od tego zależało wasze życie. GDZIE SIĘ KURWA PCHACIE?! Nie, nie odjedzie bez was. Nie, nie będziecie musieli stać. Więc pytam: po co?! Wsiadłem ostatni. I usiadłem wygodnie na wolnym miejscu. Gdzie tu sens? Gdzie tu logika? Bezsens moi mili, bezsens. Nazywam się Marek Śladowski, wkrótce skończę 20 lat, chciałbym zostać pisarzem. Jestem zakochany. Mieszkam we Wrocławiu, rodzice opłacają moje mieszkanie. Czekam sobie przy kasie w supermarkecie. Przede mną stoi piękna kobieta z siatką pomarańczy i snickersem. Przed nią jakiś gościu ze skrzynką browarów, a jeszcze przed nim babcia starowinka płaci za zakupy. Nagle ta urocza, młoda kobieta, która stoi przede mną patrzy na pomarańcze, robi zdziwione: „och!” i wycofuje się. Myślę sobie – czegoś zapomniała. Kasjerka obsłużyła wszystkich przede mną, wykładam chleb, paczkę sera żółtego i prezerwatyw na taśmę, a tu nagle ta zagubiona kobieta wpycha się przede mnie, wtyka towar w ręce sprzedawczyni i wyciąga portfel. Okazało się, że idiotka nie zważyła owoców. Już pierdolę, że się wrąbała w kolejkę. Pierdolę też, że nie powiedziała nawet głupiego „przepraszam”. Ale jak do cholery można kupować dwie rzeczy, DWA PIEPRZONE ARTYKUŁY SPOŻYWCZE!, i zapomnieć zważyć pomarańczy? Gdzie się spieszycie ludzie? O czym myślicie? Żyć chwilą, cóż to dziś znaczy?! Sens? Bezsens? Nazywam się Marek Śladowski, wkrótce skończę 20 lat, chciałbym zostać pisarzem. Jestem zakochany. Mieszkam we Wrocławiu. Stoję przy maszynie do sprzedaży biletów MPK. Przede mną dwóch gnojków wpycha kawałki plastikowego długopisu do otworu na banknoty. Po co, pytam?! Czy to naprawdę jest tak niesamowicie podniecające, kiedy masz świadomość, że ktoś przez Ciebie nie kupi biletu? Już nie chodzi o mnie, ja bilet i tak rzadko kupuję, pojadę, nie spotkam kanara – przeżyję. Ale do kurwy nędzy – będzie chciała jakaś babcia z rentą 600 zł kupić sobie bilet, nie kupi, wsiądzie w ten jebany tramwaj, trafi na kanara, ten będzie miał zły dzień, nie podaruje jej. I co? Babcia, która jakimś cudem za 600 zł musi opłacić mieszkanie, wyżywienie i pewnie odpalić coś kochanym-zachłannym wnukom, wybuli na mandat 150 zł. I co? Nie opłaci mieszkania? Nie może! Nie da kochanym wnuczkom? A gdzieżby! Biedna babcia będzie się głodzić, żeby tylko wnuczek dostał na czekoladę, co pewnie i tak skończy się fajkami i piwem w sklepie. A babcia stara, zmęczona, nadszarpnięta zębem czasu i co? Zemrze gdzieś osłabiona na obszczanej klatce schodowej. Dlaczego? By dwóch frajerów, chciało się pobawić. Przez jeden, pierdolony, plastikowy długopis! A taki kretyn jak ja z bujną wyobraźnią stoi potem przez pół godziny wydłubując kawałki długopisu. Tak, tak, jestem bohaterem. Może uratowałem komuś życie. Tylko, co z tego? Ta sama babcia pójdzie za 4 lata do wyborów, zagłosuje na ojca rydzyka czy innego kaczora i spierdoli życie 36 mln Polaków. Może niech już lepiej umrze? I gdzie tu do cholery jest jakiś sens? Nazywam się Marek Śladowski, wkrótce skończę 20 lat, chciałbym zostać pisarzem. Jestem zakochany. Jestem szczęśliwy, a mimo to tysiące drobnych przykładów każdego dnia uświadamia mi bezsens z jakiego złożony jest świat. W każdej chwili ktoś na świecie umiera. Większość umierających umiera przedwczesna śmiercią. Kto o tym decyduje? Bóg? W takim razie gościa, który jedzie nawalony po imprezie, na której się świetnie bawił z trzema „dupami” i popił co niemiara, a potem spowodował wypadek na drodze, z którego sam wyszedł bez szwanku, ale za to pozbawił życia kobietę i dwójkę dzieci na pasach, mam nazywać bogiem? To jest ten cały sens? Powiem wam w takim razie coś z sensem: bóg nie istnieje. Nie, to nie błąd. Słowo „bóg” winno się pisać z wielkiej litery jedynie na początku zdania. Bo zdanie rozpoczyna się wielką literą. Bo boga nie ma. Powiem wam coś z sensem i bezsensu: bóg umiera. Umiera powoli i niechętnie, ale umiera. Umiera nie w waszych sercach, lecz w waszych umysłach. Ludzie dojrzewają, pojmują, że przez przeszło dwa tysiące lat byli karmieni bzdurami. Liczba wiernych spada. A wraz z ostatnim wiernym bóg umrze całkowicie. Bo bóg był najdoskonalszym tworem człowieka. Bez wad, bez skazy. Ale i tak umrze. Tak jak my wszyscy. Wszyscy? Nieprawda! Ja nie umrę! Nazywam się Marek Śladowski, wkrótce skończę 20 lat, chciałbym zostać pisarzem. I nie chcę umierać „Mój notes pełen jest Ś.P.” Każdy chce żyć. Nawet samobójca chce żyć, choć inaczej niż żył. Nikt nie chce umierać, a wszyscy umierają. Dlaczego? To jest według was, nas, ludzi – sensowne? Że nie chcemy, a umieramy? Jaki w tym sens? Robić coś wbrew sobie? Chcecie do raju, po zbawienie? A ja dam sobie rękę, nogę i głowę uciąć, że kiedy staniecie na granicy życia i śmierci, obejrzycie się przez ramię by spojrzeć na to co było – zapragniecie wrócić. Wrócić do tego, co było, niezależnie jakie było. Do pijanego ojca, do bijącego was małżonka, do biednej, walącej się kamienicy, do szefa sadysty, do parku, w którym pewnej nocy zgwałcił was jakiś niewyżyty nastolatek. Będziecie chcieli wrócić. Ale wiecie co jest w tym najzabawniejsze? Nie wrócicie! To już będzie koniec. Zeżrą was robaki. Wtedy spojrzycie na swój cały sens z innej strony, wtedy dopiero uwierzycie w bezsens, zrozumiecie, że życie już lepsze nie będzie. Że w raju nie ma piwa, seksu, papierosów, bohaterów. Nie ma łez. Nie ma raju. Jest tylko wilgotna ziemia, użyźniana przez dżdżownice, duszna trumna i twarde kamienie na około. Sens? Hah! Nie ma sensu! Nazywam się Marek Śladowski, wkrótce skończę 20 lat. Jako jeden z nielicznych rozumiem ludzką egzystencję. A nawet jeśli i wy zrozumiecie za życia, że świat oszalał i jest we władaniu zasad, których powinien się wstydzić każdy filozof – nic nie zrobicie. Człowiek jest potężny. Jest wielki. Jest wszechmogący. Człowiek ma moc stwórczą. Człowiek jest potężniejszy od boga, bo to on go stworzył. Bóg zrodził się z naszych umysłów i to od nas dostał nieograniczoną moc. Ale wy tego nie zrozumiecie. Nie odkryjecie w sobie mocy w was ukrytej. Jesteście nieświadomi. 9 lat temu dwójka ludzi przypadkiem, bądź też nie ukazała wam gdzie żyjecie. Istniejecie w tym świecie ubezwłasnowolnieni. Żyjecie w tak odległym i nierzeczywistym tworze jak matrix. Nie macie wpływu na własne życie. Powielacie drogi obrane przez waszych ojców, dziadków czy sąsiadów. Padł sens na świecie, upadła oryginalność. Te słowa to archetypy czy jak tam się to zwie. To już nie istnieje. WY przestajecie istnieć. Nasza rasa umiera, cofa się, ewoluujemy w małpy, istoty jak się okazuje – tysiące razy od nas potężniejsze. Bo nieświadome. Nazywam się Marek Śladowski. I z tego miejsca pytam was. Dlaczego, pytam? Dlaczego uparcie drążycie te same schematy? Dlaczego rodzicie się, dorastacie, uczycie się, studiujecie, pracujecie, idziecie na emeryturę, umieracie? Umrzyjcie wpierw! Idźcie na emeryturę, pracujcie, studiujcie, uczcie się, dopiero wtedy narodźcie się. Wywróćcie swoje życie do góry nogami, a nabierze ono wtedy upragnionego sensu i bezsensu. Wymieszajcie ład z nieładem. Wyrzućcie kalendarze i plany na przyszły rok. Wezwijcie architekta do budowy domu i dajcie mu do rąk rysunek waszego dziecka. Niech znów zaświeci słońce, niech gwiazdy migoczą wesoło, niech księżyc wskaże drogę. Nie! Niech księżyc świeci w dzień, a słońce rośnie w ogródku. To dopiero ma sens! Czy nie wydaje się to wam oczywiste? Czy tylko ja to dostrzegam? Nazywam się Marek. Ludzie! Możecie uczynić wszystko! Wyjdźcie na ulicę, chwyćcie się za ręce i wznieście je w górę w triumfalnym geście! Rzućcie pracę, studia, wyjedźcie na wieczne wakacje. Kochajcie się, chodźcie nago po ulicach miast, spijajcie poranną rosę i kąpcie się w promieniach słonecznych. Czytajcie poezję i malujcie obrazy! Wieczorami siądźcie z ukochaną pod drzewem i patrzcie w gwiazdy. To ma sens! To jest bezsens! Te dwa słowa żyć bez siebie nie mogą, są spojone wiecznymi więzami krwi. Coś, co ma sens, ma również bezsens. Sprzeczność! Tak, bądźcie sprzecznościami! Piszcie węglem po kamieniu, zamieszkajcie w jaskiniach, rozpalcie ogniska i żywcie się surowym mięsem! Wybierzcie się w góry, wspinajcie się póki nie zabraknie wam siły, a potem padnijcie wycieńczeni na pochyłe zbocza i kochajcie się pod gwiazdami. Tak, kochajcie się! Bo na świecie brak jest miłości. Brak miłości w tramwaju, w którym kaleki chłopiec stoi chwiejąc się na swych kulach. Brak miłości, dla bezdomnego, śpiącego na dworcu. Brak miłości dla pijaka podpierającego nosem słup – bo zasłużył! Nie zasłużył! On tylko natknął się na sens-bezsens świata i przegrał. Każdy z nas przegrywa, bo nie ma niepokonanych w dyscyplinie zwanej życiem. Nazywam się... Jakie to ma znaczenie? Nieważne kim jesteście, skąd pochodzicie, dokąd zmierzacie. To co chcę wam powiedzieć da się wyrazić jednym słowem: żyjcie. Nie baczcie na to czy to co robicie ma sens czy też nie. Nie zastanawiajcie się czy ktoś przed wami robił już coś takiego. Nie patrzcie nawet ile wam za to płacą. Nieważne kim jesteście, ważne co robicie. Pamiętajcie, że tylko człowiek może zobaczyć w was człowieka. Kochajcie! Nie ukochaną, rodziców czy brata. Kochajcie ludzi! Tylko miłość może dać to czego każdy z nas pragnie – wolność. Po co to czytacie? Odejdźcie od komputerów, podejdźcie do okien, spójrzcie na niebo. Być może dostrzeżecie tam szybującego po nieboskłonie ptaka, z rozpostartymi skrzydłami. On ciągle jest w ruchu, na nic nie czeka. Lata, karmi młode, śpiewa... żyje. Żyjcie i wy. Widzicie niebo? Jest czyste, nieskończone. Owy ptak może lecieć wszędzie, gdzie tylko zapragnie. Jest... wolny. Bądźcie wolni i wy. I spoglądajcie czasem w niebo. Może dostrzeżecie tam kiedyś wielkiego, wspaniałego ptaka – romantyka szybującego wśród chmur bez celu. To właśnie ja. Będę czekał na was podziwiając świat z góry. A kiedy już się spotkamy, kto wie, może stworzymy wspaniały klucz? Klucz do ludzkich serc. Klucz, jakiego nie znał wcześniej świat...skomentuj (22) 2007-12-21 23:46:56 >> "Hej dziewczyno..." Hej dziewczyno, siądź przy barze, Wypijemy trochę z naszych marzeń. Barman niczym dobra wróżka, Spełni każdą Twą zachciankę. Wyruszymy w piękną podróż, Cudowna towarzyszko. Samotne słońce drogę nam wskaże I choć śmierć u końca czeka... Hej dziewczyno, spójrz mi w oczy Zanurz się w nich bez reszty Niech trzecie oko w nas ukryte Rozwiąże język naszych dusz Wyruszymy w piękną podróż, Cudowna towarzyszko. Samotny księżyc drogę nam wskaże I choć śmierć u końca czeka... Hej dziewczyno, już wychodzisz? Będę czekał jutro o tej samej porze, Wypijemy kilka głębszych, Zakochamy się znów w sobie. Wyruszymy w piękną podróż, Słońce oraz księżyc drogę nam wskażą. I choć śmierć u końca czeka, Do ostatnich chwil świecić będą razem. skomentuj (7) 2007-12-02 20:25:22 >> "Nadzieja" Wiele come backów było i zawsze po nich znikałem. Teraz wracam naprawdę, na zawsze. Na poczatek prezentuję moją próbkę poezji. Czekam na opinię i sugestie. To pierwszy wiersz jaki w życiu stworzyłem, więc proszę o zrozumienie. Zobaczyłem Cię Być może ostatni raz Spojrzałaś w mą pijaną twarz Z bólem uśmiechnęłaś się Jedno słowo Twe i z piersi mej Trysnęła krew Bo słowo Twe Ostrzejsze niż miecz Odeszłaś Zostawiłaś mnie Samego pośród ludzi Na nasze ranczo uciekłem By życia sens odnaleźć Dziesięć tysięcy akrów samotności Odnalazłem Usiadłem na werandzie Whisky dzierżąc w dłoni Mętny wzrok zwróciłem w niebo Światełko dostrzegłem tam Odeszłaś Zostawiłaś mnie Samego pośród ludzi Jeden dzień gorszy jest Od dzisiejszego - jutrzejszy Widzisz ten księżyc? Kiedyś znów będziemy razem Tam się spotkamy I patrzeć będziemy jak w dole Płynie czas Wędki nasze zarzucimy By ryby z uporem Łowić w nim Odeszłaś Zostawiłaś mnie Samego pośród ludzi Ciała nasze w gordyjski węzeł Splotą się A żaden miecz Nie rozerwie naszych dusz Serce moje i Twoje Z przeszłości będzie śmiało się Pijanym spojrzę na Cię wzrokiem Pijackim szeptem mi odpowiesz Odeszłaś Zostawiłaś mnie Samego pośród ludzi Lecz nie jest źle Bo jutro kiedyś skończy się... skomentuj (7) 2005-07-27 22:21:37 >> Kolejny... Słowem wstępu. Opowiadania, które widnieje poniżej ma jeden smaczek, który szalenie podkreśla jego wartość. Jest autentyczne - historia, treści kartki, smsa, rozmów itd. są w stu procentach prawdziwe. Zmienione zostały jedynie imiona z wiadomych powodów. Ps. Zbieżność imion głównego bohatera z poprzednim opowiadaniem jest całkowicie przypadkowa - po prostu lubię to imię:) WSPONIENIA - W kraju bogów (I) „ Chorwacja taka jaką ją zostawiliśmy – piękna, upalna, zachwycająca. Brakuje tylko tej magii, którą wtedy razem stworzyliśmy. To pewnie dlatego, że Was tu nie ma… Żywię jednak nadzieję, ze za rok dane nam wszystkim będzie spotkać się tu znowu…” Kiedy pisał tę kartkę było już dawno po północy. Rozłożył leżak na plaży, położył się wygodnie i przy srebrzystym blasku księżyca pisał ową kartkę. Samo pisanie zajęło mu jednak nie więcej niż dziesięć, może piętnaście minut. Wcześniej siedział i rozmyślał. Nie tylko o tym, co miał napisać. Myślał o wszystkim – o dzisiejszym dniu, o wakacjach, o tym, co jest i o tym, co będzie. W końcu jednak zaczął pisać kartkę i musiał wrócić do tego, co było… Każdy kto czytałby wypociny Maurycego nie znalazłby w nich nic po za wakacyjnym pozdrowieniem dla starej znajomej. Adresatka powinna jednak zrozumieć tę kartkę inaczej, a przecież to do niej były skierowane te słowa. Maurycy nienawidził rzeczy banalnych. Nie trawił sytuacji kiedy czyjeś usta mówiły: „ale masz świetne buty”, a oczy: „wyglądasz w nich jak idiota”. Nienawidził sztucznej uprzejmości i obłudy. Nigdy nie mówił „dzień dobry” osobom, których nie lubił, nie przepraszał za coś, czego nie zrobił. Kiedy coś uważał za brzydkie, mówił, że jest brzydkie, a kiedy uważał, że ktoś jest głupi nie omieszkał go o tym powiadomić. Nie zjednywało mu to przyjaciół, a u większości osób, które poznawał wyrabiał sobie opinię klauna, błazna, idioty czy cwaniaka. Zyskiwał natomiast wiele w oczach tych, którzy go dobrze znali i chociaż po części rozumieli. A to właśnie na nich mu zależało. Reszta była dla niego nieistotna. Tak, więc kartka, którą pisał do jednej z „tych” osób nie mogła być banalna. I nie była. Bo pod potokiem słów kryło się jedno przesłanie – Chorwacja, koniec maja 2004 roku, tygodniowa wycieczka, na której byli razem. Kiedy przyjechali było już po południu. Zakwaterowanie na nich czekało. Było ich jakieś czterdzieści osób w tym trzy opiekunki. Oprócz tego przyjechał z nimi ratownik, który rozpalał serca żeńskiej części wycieczki. Domki im się spodobały. Były małe, ale bardzo przytulne. Domki mieściły cztery lub pięć osób, posiadały mały przedsionek i aneks kuchenny. Do łazienek mieli raptem dwadzieścia metrów, do plaży zaś nie więcej niż sto. Maurycy znalazł się w domku z dobrymi kumplami – Maksymilianem, Krzysztofem i Pawłem. Jak się okazało przez czas wycieczki stworzyli najbardziej zgrany zespół. Mieli zawsze najlepiej wysprzątany domek, a gotowane przez nich posiłki budziły zazdrość wśród reszty obozowiczów. Podział na domki był jednak aktualny tylko w dzień, bo w nocy następowały wszelkiego rodzaju migracje. Dziewczyny odwiedzały chłopców, a oni również nie siedzieli w łóżkach bezczynnie. I tak w kółko. Aby niepotrzebnie nie niepokoić opiekunek wymyślili pewien system (oczywiście opatentowała go ekipa z domku Maurycego). Mianowicie o 23.00 jak przykładni ludzie kładli się spać. Tyle, ze z budzikami nastawionymi na godzinę 1.00. Kiedy, więc odpowiedzialne za wszystkich panie smacznie spały obóz odżywał na nowo. W morzu kąpali się tylko raz (o tej porze roku woda była jeszcze zbyt zimna). Nikogo to jednak nie martwiło. Wylegiwali się na plaży, grali w ziemniaka i nogę, urządzali turnieje w zbijanego, chodzili na zakupy do pobliskiego miasteczka, a raz wybrali się na całodzienną wycieczkę do Puli. W nocy natomiast rozmawiali do rana, flirtowali z dziewczynami, pili piwo i czekali na wschód słońca. Było im wspaniale. Czas jednak leciał nieubłaganie. Za szybko. Zdecydowanie za szybko. Pewnej nocy dziewczyny przyszły do ich domku i rozłożyły się pomiędzy nimi. Maurycy przesiadł się z wielkiego, potrójnego łóżka na swoje. Chwilę później położyła się obok niego Oliwia – jego najlepsza przyjaciółka. Przytuliła się do niego i tak leżeli przysłuchując się rozmowom. A rozmowy trwały długo. Maurycy jednak wraz z przyjaciółką milczeli. On już nawet powoli zasypiał. Jednak po chwili jakiś wilgotny dotyk go rozbudził. To Oliwia delikatnie pocałowała go w usta. Nie zaoponował Gdyby jej nie znał pomyślałby, ze ona liczy na coś więcej. Znał ją jednak doskonale i wiedział, ze jest to po prostu przejaw sympatii. Przytulił ją mocniej do siebie, ona oparła głowę na jego ramieniu i tak leżeli do świtu. Początkowo nie miał w ogóle zamiaru wysyłać jej kartki. Ostatnimi czasy ich przyjaźń mocno podupadła. Ona miała faceta, on powoli o niej zapominał. Rozmawiali rzadko, widywali się jeszcze rzadziej, a kiedy już się widzieli zdawkowe „cześć było wszystkim, co mieli sobie do powiedzenia. Drzewa na jesień obumierają – powiedział do siebie – my też obumarliśmy. Tak, więc nawet nie myślał o wysłaniu jej jakiejkolwiek kartki. Do czasu wycieczki do Dubrownika. Wybrali się tam w pewien upalny czwartek. Pochodzili po mieście, trochę pozwiedzali, zjedli obiad w knajpie – nic niezwykłego. Zresztą byli tu już drugi raz. Pewna scena sprawiła jednak, że ten dzień na długo zapadł mu w pamięci. Stał przy fontannie i czekał na rodziców, kiedy zauważył pewną dziewczynę. Mogła mieć jakieś 17-18 lat, była atrakcyjna, modnie ubrana, ale nie wyróżniała się niczym spośród całej masy innych dziewcząt. Starał się złowić jej spojrzenie, a kiedy mu się to udało zaczął się z nią bawić w „kto pierwszy stchórzy (czyli odwróci wzrok)”. W dużych, zatłoczonych miastach była to jego ulubiona rozrywka. Lubił tak bezczelnie wpatrywać się w ludzi i patrzyć jak zareagują. Najczęściej jednak odwracali wzrok nie zwracając na niego uwagi. Ona jednak tego nie zrobiła, co więcej – uśmiechnęła się przyjaźnie. Spuścił wzrok i podkulił ogon. Po raz pierwszy był tym, który pierwszy odwrócił wzrok. Ale ten uśmiech… Przypominał mu tę jedną osobę, która się tak uśmiechała. Te same wąskie usta i ten uśmiech – nieśmiały, powolnie wpełzający na twarz, ale jednocześnie szalenie radosny. Wspomnienia odżyły… Następna noc była tą, która w jego pamięci zapisała się jako nieśmiertelna. Noc, która była pełna piękna, uczuć, pożądania. Noc, która była jego przekleństwem. Dziewczyny znowu przyszły do nich w nocy. Maurycy tym razem leżał na wielkim łóżku – zamienił się posłaniem z Maksymilianem. Ułożył się pod ścianą, a obok niego leżała Wiktoria. Wszyscy gadali o spędzonym dniu, o tym, co będą jutro robili. Maurycy zwykle uznawany za duszę towarzystwa i największą gadułę znowu milczał. Zauważył, że Wiktoria od dłuższego czasu również się nie odzywa. W domku panował półmrok. Maurycy nieznacznie odsunął się od ściany. Ona musiała to zauważyć, bo otworzyła oczy, popatrzyła na niego, uśmiechnęła się i ponownie zamknęła oczy. Ale ten uśmiech… Te wąskie usta i ten uśmiech – powolnie wpełzający na twarz, ale jednocześnie szalenie radosny. Lekko przesunął rękę w jej stronę i niby całkiem przypadkiem jego dłoń stykała się z dłonią Wiktorii. Wydawało mu się, ze słyszy morze, choć wiedział, iż to niemożliwe. Ona ujęła jego dłoń i uścisnęła. Leżeli tak czekając. Na co? Nie wiedzieli. Obok nich wszyscy leżeli i wciąż rozmawiali. Rozmawiali o wszystkim, o rzeczach trywialnych i nieistotnych. Wiedzieli, że wszelkie dialogi są zbędne i służą tylko jako pretekst do ostrzejszego flirtu. Zupełnie jak starzy przyjaciele. Czymże, więc była dla Maurycego ich rozmowa jeśli nie banałem? W normalnej sytuacji zbluzgałby ich i powytykał im, że gadają o rzeczach, które nie przedstawiają żadnej wartości. Sytuacja nie była jednak normalna. Milczał, więc tak jak milczała Wiktoria. Oboje nie chcieli psuć magii chwili zbędnymi słowami. Maurycy delikatnie położył drugą rękę na jej boku. Drgnęła, ale nie zaprotestowała. Bał się szalenie, że spłoszy tę smukłą antylopę i nawet pędem geparda nie zdoła jej dogonić. Ale ona wcale nie zamierzała uciekać. Przysunęła się nawet lekko w jego stronę. Znów czekali. Na co? Nie wiedzieli. Ich znajomi rozmawiali w najlepsze nie zwracając uwagi na Wiktorię i Maurycego. Oni tymczasem byli dla siebie centrum świata, ziemią i niebem, ogniem i wodą, alfą i omegą i nic po za nimi samymi nie było dla nich istotne. Maurycy wędrując dłonią po jej prawym boku odnalazł w końcu wąski przesmyk w miejscu gdzie jej obcisłe szorty stykały się z cieniutką bluzką. Dotknął jej skóry. Zawsze kiedy potem o tym myślał przechodziły mu ciarki. Jej skóra była niesamowicie gorąca, jak lawa świeżo po erupcji wulkanu. Była zarazem tak śliska, że komar, który by na niej wylądował z pewnością by się poślizgnął. Już nie czekali. Napawali się bliskością siebie. Jego leżak mijała właśnie grupa dziewcząt wracająca najpewniej z jakiejś imprezy. Odprowadził jedną z nich wzrokiem. W momencie gdy mógł już jedynie ujrzeć jej plecy, dziewczyna odwróciła się i posłała mu zaczepny uśmiech. Również się uśmiechnął. Dzień wcześniej rzucił spojrzenie trzem dziewczynom siedzącym na brzegu. Jedna z nich to zauważyła. - Hey! – zawołała i przywołała go uchem ręki. - Hey! – odpowiedział. Tak rozpoczęła się znajomość, która trwała blisko dwie godziny. Mało? Dla niego dużo. Bo bezinteresownie i radośnie. Bo niezobowiązująco i za darmo. Bo…bo tak. Zastanawiał się, co sprawia, że w Chorwacji nastolatki były takie, takie…inne. Przyjaźnie nastawione, otwarte, niewymagające, podchwytujące najmniejszy nawet flirt. Jakże inne były od Polek, które zazwyczaj były oschłe, wywyższające się, żyjące tylko we własnych kręgach towarzyskich. Nie myślał naturalnie o wszystkich Polkach, wiadomo – wszędzie znajdowały się osobowości wyróżniające się ze swoich grup społecznych. Myślał jednak o zdecydowanej większości i w stworzonej w jego głowie konfrontacji Polki – Chorwatki był zdecydowanie bardziej przychylny tym drugim. Postanowił skonsultować z kimś swoje przemyślenia. Chwycił, więc za komórkę leżącą obok leżaka i wysłał smsa do znajomej opisując swój problem i pytając, co sądzi o jego rozważaniach. Oto jaką odpowiedź otrzymał: „Jesteś głupi! Nie zawracaj tyłka bzdurami. Ja tak nie uważam. Obrażasz wszystkie polki!” Tak właśnie ludzie reagowali na niego i na jego słowa. Przynajmniej ci którzy go nie rozumieli. On jednak wierzył, że jest jedna osoba, która rozumie go doskonale. Maurycy zamknął oczy. Bał się tego, co miał zamiar zaraz zrobić, ale pokusa była tak wielka, że strach prawie odchodził w zapomnienie. Bał się, że ją straci – że odwróci się i nic nie powie, że wyjdzie, że strzeli go w pysk. Carpe diem – pomyślał – chwytaj dzień! Powoli przesunął rękę na jej biodro. Zadrżała. Drugą rękę wsunął pod nią i zatrzymał na lewym biodrze. Ponownie zadrżała. Przesunął teraz obie ręce powolnym ruchem do góry kciukami brzeg jej bluzki. Podciągnął ją pod same piersi. Dalej się nie odważył. Dotknął delikatnie jej brzucha w okolicach pępka. Australia, Sahara, słońce – to są gorące miejsca? Trzeba dotknąć jej rozpalonego ciała – myślał – aby przekonać się czym tak naprawdę jest „gorąco”. Bał się, że to ciepło zaraz ją rozerwie, rozsadzi. Ciepło? Gorąco? Nie! To było pożądanie. Jej aksamitna skóra zrobiła się wilgotna od potu. Nie był to jednak pot zmęczenia, który cuchnie, zalewa całe ciało i klei się do wszystkiego. To był pot miłości, pot podniecenia i pożądania. Pot, w którym nurzają się spragnieni siebie kochankowie. Znowu się zbliżyli. Maurycy wiedział, że wystarczy jeden ruch jego ręki i będzie mógł ją poczuć całym swoim ciałem. Jej ciało zaś, było tak rozpalone, że Maurycy również zapłonął jego żarem. Poczuł delikatny dotyk i otworzył oczy. Jej nos stykał się z jego nosem. Zamknął ponownie oczy. Był pewien, że zaraz spłonie żywcem. I wtedy… . Wspominając wydarzenia z Chorwacji zrozumiał swój problem dotyczący Polek i Chorwatek. One się tak naprawdę wcale od siebie nie różniły! To ten kraj wpływał na nie w ten sposób, bo przecież, podczas wycieczki do jego rodaczki były równie zalotne i otwarte jak piękne Chorwatki. Chorwacja to kraj skąpych bikini i wakacyjnych miłości. Maurycy coś o tym wiedział. … spłonął żywcem. Jego usta poczuły smak jej ust. Jak inny był to pocałunek od pocałunku Oliwii! Tamten był czuły, ale jakby chłodny, spokojny. Ten zaś był gwałtowny, namiętny, gorący. Świat zawirował. Jej usta dotykały jego ust, jej język dotykał jego języka. Znajomi, wrogowie, dom, rodzina, kraj, świat, wojna i pokój, gwiazdy i ich konstelacje, Bóg, wszechświat – wszystko to straciło jakiekolwiek znaczenie, przestało mieć sens. Był tylko on i ona, dwie różne osoby złączone jednym pocałunkiem, jedna dusza w dwóch ciałach. Gdyby w tym momencie wybuchła wojna, nastąpiło trzęsienie ziemi, gdyby pesymistyczne sny pacyfistów o postnukulearnym świecie się spełniły nawet by tego nie zauważył. Gdyby Bóg wybrał go na następnego Noego i pozwolił zabrać mu jedną rzecz na arkę nie bawiłby się w bohatera. Nie powiedziałby, że chce zabrać dzieci o odmiennych płciach, nie zabrałby ludzkich embrionów, roślin, zwierząt i im podobnych. Zabrałby ze sobą ten moment. Tę jedną chwilę. Nie ocaliłby ludzkości, ani jakiejkolwiek innej formy życia. Ocaliłby jedynie przeszłość. A przeszłość bez przyszłości nigdy nie będzie teraźniejszością. Wiedział o tym, wiedział, ż jego myślenie jest egoistyczne, ale nie mógł nic na to poradzić. Uczucie było silniejsze. Ich języki splotły się w język gordyjski. Przechodziła właśnie koło niego młoda para trzymając się za ręce. Spojrzał na czarującą brunetkę i mimowolnie posłał jej uśmiech. Chłopak, który z nią szedł zauważył ten gest i popatrzył na niego spod byka. Ok, mój błąd – pomyślał Maurycy – ale jakimże małym błędem jest w porównaniu z tym, który wtedy popełniłem. Maurycy niczym Aleksander Wielki przeciął owy węzeł i odwrócił się twarzą do ściany. Miasta płoną w wojnach, domy w pożarach, czarownice na stosach. On spłonął z pożądania. Może z miłości. A może po prostu stchórzył? Myślał o tym każdego dnia swojego życia. Nigdy nic nie wymyślił. Nigdy nie zrozumiał dlaczego tak postąpił. I prawdopodobnie nigdy nie zrozumie. Dlatego właśnie najpiękniejsza noc w jego życiu była jego przekleństwem. Błędem, którego nie potrafił sobie wybaczyć. - Maurycy, co ci jest? – spytała Wiktoria. - Nic – odparł i żal ścisnął mu gardło. Wtedy właśnie spłonął po raz drugi, jeśli to w ogóle możliwe. Tym razem ze wstydu. Fale spokojnie uderzały o brzeg morza. Tak jak wtedy… … Kiedy po raz ostatni na nie patrzyli. Chciało im się płakać. Mimo wszystko był to ich tydzień. Najwspanialsza wycieczka w życiu. Maurycy wraz z Wiktorią do końca wycieczki udawali przed samymi sobą, ze nic się nie stało, że nic między nimi nie było. Chociaż oboje wiedzieli, że to nieprawda. A może to się wcale nie zdarzyło? Może to był po prostu sen? Nie, to nie był sen. Maurycy właśnie dlatego zabrał na swoją arkę ten moment. Aby nie mieć takich wątpliwości. Leżąc na leżaku, nad brzegiem morza i rozmyślając o dawanych czasach zrozumiał kolejną rzecz – każdy z nas może być kolejnym Noem. Zabierając wybrane rzeczy na pokład swojej pamięci możemy sprawić, że przetrwają one najdłuższy potop. Byle kartka papieru może się stać arką zdolną przetrwać najgorszy nawet sztorm. Wystarczy zapisać wybrane momenty tak, jak dyktuje nam serce. Tak, aby nie straciły swojej magii. Chorwacja wcale jej nie straciła. Magia tego miejsca nadal była ogromna, atmosfera wspaniała, a wspomnienia cudowne. Mimo wszystko… Maurycy dopisał u góry kartki: „Pozdrowienia dla najlepszej przyjaciółki. Mimo wszystko…” Mimo wszystko… … Zachował ciepłe wspomnienia. Wracając autobusem do domu miał przed oczami jej smukłą talię, gorącą skórę, ciepłe usta. Zapamiętał również ostatni wschód słońca w Chorwacji, który oglądał w samotności. Był tak bardzo podobny do tego… … Który przywitał go teraz. Ten wschód przypominał mu najpiękniejszy moment tamtej pamiętnej nocy. Jej uśmiech. Tak samo jak on słońce powoli, nieśmiało wynurzało się zza horyzontu, ale kiedy już się ukazało było szalenie radosne. Jak jej uśmiech. Płakał wtedy. Płakał i teraz. Łzy spływały mu na policzki. Były to łzy żalu, zażenowania, bezsilności. Czuł się tak samotny jak jeszcze nigdy dotąd. Chciał koniecznie poczuć bliskość drugiej osoby. Rozejrzał się po plaży. Była pusta. Powoli przesunął rękę na jej biodro. Zadrżała. Drugą rękę wsunął pod nią i zatrzymał na lewym biodrze. Ponownie zadrżała. Teraz to on zadrżał. Chciał krzyczeć, zawołać kogoś. Czuł, że potrzebuje rozmowy, czułości, a jednocześnie wiedział, że nie może na to liczyć. Dotknął delikatnie jej brzucha w okolicach pępka. Odtwarzał te sekwencje w myślach tysiące razy, miliony. Zastanawiał się, co by jej powiedział, gdyby teraz stanęła przed nim. Jej aksamitna skóra zrobiła się wilgotna od potu. Może: drzewa na jesień obumierają – przypomniał sobie własne słowa – ale przecież potem musi przyjść wiosna. Prawda? Nie. Wiedział, że to nie prawda. Takiego czegoś na pewno nie mógł jej powiedzieć. Wyobraził sobie Wiktorię stojącą przed nimi, na tle morza, czekającą na to, co powie. Tylko, co do cholery mógłby jej powiedzieć? Jego usta poczuły smak jej ust. Zrobiło mu się gorąco na wspomnienie tamtego pocałunku. Był cudowny, niepowtarzalny. Był złożony na jego usta od serca, z uczuciem. Podniósł wzrok. Wyimaginowana przez niego fatamorgana wciąż czekała na to, co powie. A on już wiedział. Wybacz mi. Wybacz mi. Przeszłość bez przyszłości nigdy nie będzie teraźniejszością ....... skomentuj (31) 2005-03-20 22:39:24 >> Znowu powrót (pewnie znowu króótki:p ) ZABÓJCY MARZEŃ Wrócił do domu. Rzucił plecak pod ścianę, rozebrał się i ruszył do łazienki. Kiedy otworzył drzwi spojrzała na niego obca, nieznana mu twarz. - Kim jesteś? – Wyszeptał Maurycy. - Kim jesteś? – Odparły bezgłośnie usta. Maurycy przemył twarz i ręce, spojrzał po raz ostatni na twarz w lustrze i opuścił łazienkę. Odgrzał sobie jedzenie pozostawione przez matkę w lodówce. Schabowy, makaron z sosem „wujka Bena” i sałatkę, którą wyjął z szafki (oczywiście sałatki nie odgrzewał). Kiedy zjadł już ciepły posiłek, wyniósł śmieci i przebrał się mógł spokojnie zasiąść do nauki. Nad książkami siedział do późna w nocy – jak co dzień. W międzyczasie wrócili rodzice, przywitali się z nim, zapytali jak poszło w szkole, czy zjadł obiad itd. Potem zaszyli się w swoim pokoju i każde z nich przygotowywało plan zajęć na kolejny dzień. Byli szczęśliwi, że ich syn jest prymusem i osiąga najlepsze wyniki w szkole. Ale czy on był szczęśliwy? Kiedyś taki nie był. Był przykładem totalnego luzaka, nie zwracał uwagi na oceny, potrafił jak nikt inny rozbawić towarzystwo. Kiedy miał motywację uczył się na równi z najlepszymi. Kiedy motywacji brakowało – olewał wszystko. Jego oceny spadały na łeb, na szyję. Pewnego razu nastąpił przełom. Rodzice zaniepokoili się jego ocenami i chcieli go zmusić do nauki. Zabrali mu kieszonkowe, zabronili używać komputera. Zakazali wyjazdów na szkolne wycieczki, sobotnie wypady w góry. Nie pozwolili mu też występować w przedstawieniach teatralnych, na które poświęcał dużo czasu. Chcieli dla niego jak najlepiej. Myśleli o tym, żeby skończył szkołę i miał dobrze płatną pracę. Chcieli dobrze, ale czy rzeczywiście dobrze zrobili? Uczynili z niego roślinkę – miał prze wegetować okres nauki osiągając jak najlepsze wyniki, a potem siedzieć za biurkiem, nic nie robić i zarabiać krocie. Jednak w tych planach, które snuli na temat jego przyszłości zapomnieli o jednym. Zapomnieli zapytać go, czego on by chciał. Gdyby zapytali dowiedzieliby się, że chciał być kimś wielkim, wspaniałym. Swoją przyszłość łączył przede wszystkim z pisaniem. Uwielbiał pisać. Zanim rzucił wszystko dla nauki w jego głowie zrodził się pomysł na, być może, powieść, która mogła zmienić jego życie. Powieść, którą miał nazwać „Dzieło mojego życia”. Opowiadała o mężczyźnie, który był cenionym pisarzem. Jednak presja, jaką wywierało na niego życie pisarza spowodowała, że rzucił wszystko i został włóczęgą. Niestety, nakazy, jakie nałożyli na niego rodzice nie pozwoliły mu dokończyć dzieła. Nigdy. Zazwyczaj w wolnym czasie pisał opowiadania. Wszystkie były smutne, poruszające. Nie wiedział, dlaczego. Może miał takie usposobienie? A może wpłynęli na niego rodzice? Zawsze, kiedy pisał coś na komputerze ojciec patrzył na niego z pogardą. Nigdy nie zapytał go, o czym pisze. Nie okazał choćby odrobiny zainteresowania. Matka natomiast ciągle pytała: „dlaczego zajmujesz się jakimiś bzdurami zamiast się uczyć”? W końcu uległ tym zachowaniom. Rzucił wszystko dla nauki. Zostawił własne marzenia, plany i spełniał marzenia rodziców. Jego problem polegał na tym, że był zupełnie inny niż rodzice. Oni byli realistami, a on marzycielem. Oni byli rzemieślnikami, on wirtuozem. Ojciec i matka zanim nałożyli na niego wspomniane wcześniej zakazy uważali go za lenia i nieuka. Znajomi dostrzegali w nim socjopatę. Jeszcze inni widzieli w nim tylko głupka, który popisuje się przed wszystkimi. Nikt natomiast nie widział w nim tego, którym mógł być naprawdę. Czyli kolejnego Walta Whitmana, Jamesa Barriego czy Wiliama Szekspira. Miał potencjał żeby być kimś wielkim, miał możliwości. Jednak ludzie pozbawiali go owych aspektów. Za każdym razem, gdy dzielił się z kimś swoimi myślami, marzeniami słyszał te same słowa. Słowa, których nienawidził. Słowa, które sprowadzały go na ziemię. Słowa, które brzmiały: „jesteś TYLKO zwykłym człowiekiem” Maurycy potrafił wiele zrozumieć. Nie dziwił się, gdy słyszał, że ktoś kogoś zabił, okradł czy zgwałcił. Pojmował, że czasami matka musi zostawić własne dziecko, a żołnierz znęcać się nad pojmanym wrogiem. To były ludzkie odruchy, wybory czy słabości. Nie rozumiał natomiast, jak ludzie mogli tak swobodnie zabijać marzenia innych. *** W wieku 30 lat Maurycy był cenionym doradcą finansowym. Przeprowadził się do Londynu i tam podjął pracę. Zerwał kontakty z rodzicami. Oto fragment ostatniego listu, jaki do nich wysłał. „ (…) Wiem, że przez cały czas chcieliście dla mnie jak najlepiej. Jednak ja byłem kimś innym niż wam się wydawało, miałem marzenia, które zamordowaliście podczas mojego dziecięcego snu. Mogłem być kimś wielkim, wyjątkowym. Teraz jestem TYLKO zwykłym człowiekiem. Zrozumiałem u was jedno: wy też mieliście marzenie. Marzyliście, aby wyrwać się z naszego miasteczka, zwiedzić cały świat, spać na pieniądzach i mieć wszystko w dupie. Niestety, nie udało wam się. Potem postanowiliście, że ja będę realizował wasze marzenie, bo byliście święcie przekonani, że dzięki temu będę szczęśliwy. Wyrwałem się z naszego miasteczka, zwiedziłem prawie cały świat, mam kupę kasy. Według was powinienem być szczęśliwy. We własnym mniemaniu jestem tylko sępem, który połyka upadające firmy jak padlinę. Zamiast tworzyć – niszczę. Kiedy budzę się rano i patrzę w lustro widzę jakaś twarz. Pytam ją: - Kim jesteś? A ona odpowiada mi tym samym pytaniem. (…)” Po przeczytaniu tego listu rodzice zrozumieli, że stracili syna na zawsze. Dostrzegli również błędy, które popełnili w wychowaniu własnego dziecka. Nigdy się jednak do nich nie przyznali. Mimo smutku byli dumni, bo przecież dzięki nim ich syn miał pieniądze, jeździł po świecie i był prawym człowiekiem. Jednak w jego dzieciństwie zarzucili mu na szyję pętlę. *** Teraz Maurycy ciężarem własnego ciała zacisnął ową pętlę niszcząc swoje ostatnie marzenie. Marzenie o wspaniałym życiu. Pijany Anioł skomentuj (18) 2005-01-30 22:33:54 >> I'm back (pewnie znowu na krótko, ale zawsze coś) OSTATNI KONCERT Czarne pudło się otworzyło. Wyciągnął powoli rękę. Przymknął powieki. Jego palce przesuwały się wzdłuż strun. Delikatnie. Jak gdyby pieściły kobietę. Czule. Z namiętnością, ale nie gwałtowną. Spokojną, wyrafinowaną. Byli stworzeni dla siebie. On i jego gitara. Jego kochanka. Od małego grał na ulicy. Na placach, rynkach, pod kościołami, na zatłoczonych kamiennych mostach i w pełnych przechodniów parkach. Jednym słowem grał gdzie popadnie. Rozkładał przed sobą pudło na gitarę, siadał obok i zaczynał grać. Ludzie nie skąpili pieniędzy, prawie każdy coś mu rzucał. Gdy był małym chłopcem, dawali mu pieniądze z litości. Teraz robili to za jego grę. Nie miał domu, rodziców nie znał. Jeśli miał jakąś rodzinę, nie wiedział o tym. W wieku trzynastu lat uciekł z sierocińca. Nie znał swojego nazwiska, nie miał dokumentów, rzadko, kiedy miewał pieniądze, nie posiadał również przyjaciół, czy choćby znajomych. Posiadał za to dwie rzeczy, które cenił bardziej od wszystkiego innego. Talent do gry i legendę. O wielu wspaniałych ludziach, bohaterach czy geniuszach nie krążyło tyle legend i mitów, co o nim. Zwano go „wędrowcem z gitarą”, „tajemniczym muzykiem” czy „grajkiem bez imienia”. Sam pielęgnował swoją legendę. Kiedy pojawiał się w jakimś miejscu, nie mówił nic. Tylko grał. A potem znikał bez śladu. Ludzie w mig to podchwytywali. Tworzyli o nim historie, które po przejściu przez setki ust przybierały niewyobrażalne rozmiary. Mimo to tworzył swój mit bez przerwy. Czuł się wspaniale kiedy siadał za barem i słyszał jak jakiś starzec opowiadał „towarzyszom kufla” o wielkim gitarzyście, który pod przebraniem wędrowca podróżuje po kraju i gra na gitarze dla biednych ludzi. Legendy krążyły również o jego utworach. Nigdy nie nadawał im tytułów, ludzie robili to za niego. „Pieśń do nieznajomej”, „Piekielny taniec”, „Rzeka smutku”, „Jęk ukochanej”. Był dumny z tych utworów. To były jego dzieci. Nie wiedział skąd ludzie wzięli te tytuły. Ale stwierdził, że pasowały. Wszystkie były piękne. Był jeszcze jeden utwór. Zawsze grał go na sam koniec. Został ochrzczony jako „Ostatni koncert”. To z niego był najbardziej dumny. To on wywoływał łzy wśród słuchaczy i to od niego przechodziły ciarki po plecach. To on był jego wizytówką. „Ostatni koncert”. Za chwilę miał wyjść na scenę. Jego pierwszy występ. Wyciągnął gitarę i wyszedł zza kotary. Rzucił okiem po publice. W ostatnim rzędzie, w samym rogu sali siedziała starsza kobieta. Oto moja cała publiczność – pomyślał muzyk – pewnie przyszła tu przez pomyłkę. Usiadł na drewnianym krześle. Zaskrzypiało. Uderzył w struny. Najpierw delikatnie, powoli. Potem szybciej, gwałtowniej. I znowu powoli. Jego place zwinnie przeskakiwały to w jedną, to w drugą stronę. Zamknął oczy. Teraz gitara stała się częścią jego osoby. Jego ręce grały same. Nie słyszał muzyki, myślami był już daleko. Oczy wciąż miał zamknięte. Na widowni zbierało się pełno ludzi. Wszyscy słuchali. Grał „Piekielny taniec”, „Rzekę smutku”, „Jęk ukochanej” i kilka innych utworów, których tytułów sam nie pamiętał. Nie potrafił powiedzieć jak długo to trwało. Palce jeszcze chwilę wędrowały po gitarze pieszcząc ją, szukając czułych miejsc, które zmusiłyby instrument do jęku, niczym podczas miłosnego uniesienia. Coraz ciszej, ciszej, ciszej. Usłyszał ostatni dźwięk rozkoszy, przeciągłe mruczenie, które wyrwało go z letargu. Otworzył oczy. Na widowni nie było nikogo. Nikt nie przyszedł. Nagle usłyszał oklaski. Starsza kobieta wciąż siedziała w ostatnim rzędzie, w rogu sali. Muzyk uśmiechnął się smutno. Ukłonił się. Mimo, iż sala była mroczna, a kobieta siedziała daleko od sceny, widział wyraźnie łzy w jej oczach. Wyszedł z sali. Umieścił gitarę w futerale, przesuwając palcami po strunach. Przeszły go dreszcze. Zamknął futerał. Udał się do pobliskiego baru. Była to najzwyklejsza w świecie speluna. Oprócz alkoholu nie było tam nic godnego uwagi. Po kilku godzinach od otwarcia nie widać było zbyt wielu trzeźwych twarzy. Chyba jedyna rozrywka tego miasteczka - cuchnący bar pełen zapijaczonych mord. Bar pełen pijaków, ćpunów, degeneratów, typów spod ciemnej gwiazdy. Ludzkich wraków. Muzyk usiadł przy stoliku. Zamówił whisky. Barman przyniósł mu butelkę i kieliszek. „Grajek bez imienia” odsunął niechętnie szkło i pociągnął z gwintu. Miał na dzisiaj tylko jeden plan – upić się do nieprzytomności. Po jakimś czasie, którego nie był w stanie określić, do jego stolika dosiedli się nieznajomi mężczyźni. Nie wyglądali lepiej od całej reszty towarzystwa. Byli już mocno podchmieleni, darli się i opowiadali sprośne dowcipy. Muzyk nie chciał ich słuchać. We łbie mu szumiało. Podniósł się z krzesła, jednak natychmiast upadł na ziemię. Kręciło mu się w głowie. Na czworakach zaczął przesuwać się w stronę krzeseł stojących przy barze. - Hej! Grajek, twój instrument! – krzyknął jeden z mężczyzn i rzucił w jego stronę futerał z gitarą. Pijany gitarzysta obrócił się na plecy i w ostatniej chwili złapał rzucony przedmiot. Przytulił się do futerału. - Był kiedyś film o mężczyźnie, który nosił futerał pełen broni – zagrzmiał staruszek z siwą brodą – kto go wie, co on trzyma w tym pudle. Jest czarne jak trumna – w tym momencie szturchnął nogą muzyka. Wszyscy podchwycili to hasło i zaczęli rzucać obelgi na grajka i jego gitarę. Wyklinać w niebogłosy. Jakiś młody mężczyzna splunął na gitarzystę. - Uważajcie, z kim zaczynacie – zaciągnął muzyk pijackim tonem – jestem legendą! Jestem najwspanialszym muzykiem świata! Nikt nie może się ze mną równać! Ludzie na sali zanieśli się śmiechem. Śmiechem tak głośnym, że słychać go było w całym miasteczku. Śmiechem okrutnym. - To zagraj nam coś mistrzu! – zawołał jeden z ludzi. Kiedy zauważył, że muzyk nie jest w stanie otworzyć wieka futerału doskoczył do niego, wlał mu do gęby whisky z własnej butelki, oparł go o ścianę, otworzył pudło i wsadził w rękę gitarę. Ludzie widząc to zanieśli się śmiechem po raz kolejny. Nawoływali żeby zaczął grać, żeby pokazał im, jaki jest wspaniały. Muzyk dotknął ręką instrumentu. Wszyscy na sali wiedzieli, że nic nie zagra, nie w takim stanie. To byłoby niemożliwe, ciężko by mu było trafić w struny, a co dopiero zagrać. Drwili, więc z niego ile się dało. Po plecach gitarzysty przeszły ciarki. Chciał zacząć grać „Jęk ukochanej”, ale ręka trafiła tylko w kolano. Sala ponownie rozbrzmiała śmiechem. Nagle przerwał im głośny ton. Wszyscy zamilkli. Dźwięk był czysty, następny również, i następny. Muzyk zaczął grać. Ludzie byli pijani w sztok. Sami nie rozumieli tego, co mówią, ale muzyka, muzyka ich uciszyła. Grajek zacisnął na ich szyjach magiczną pętlę. Najwspanialsi kochankowie. Znowu byli razem. On i jego ukochana. Uśpił wszystkich delikatnym brzmieniem instrumentu. Nagle przyspieszył. Jego ręce, które przed chwilą trzęsły się niemiłosiernie, teraz pewnie uderzały w struny. Kochał ją, a ona odwzajemniała to uczucie. Byli dla siebie stworzeni. Mruczała w jego namiętnym uścisku, a on pieścił ją w milczeniu. Muzyka zaczęła powoli cichnąć, uspokajać się. Najwspanialsi kochankowie. Nagle dźwięk się urwał. Muzyk oddał ducha z gitarą w ręku. Nie wiadomo czy umarł z nadmiaru alkoholu, z żalu, czy jakiegoś innego powodu. Jedno było pewne. Jego muzyka zgasła razem z nim. - „Ostatni koncert” – szepnął barman. - Co? – zapytał ze zdenerwowaniem jego pomocnik. - Ten utwór. Nazywa się „Ostatni koncert”. Pijany Anioł
skomentuj (20) 2004-10-21 15:53:18 >> Nieśmiertelność..... Oto jeden z moich ulubionych cytatów dotyczący niesmiertelności: "Wierzę w poezję, miłość i śmierć. Dlatego właśnie wierzę w nieśmiertelność" Poezja nie przemija, więc jest nieśmiertelna, miłość również, śmierć... . Ze śmiercią jest również tak samo. Kiedy umrzemy jestesmy martwi...na zawsze. Ostatnio jednak natknąłem się na inny ciekawy cytat: "Niełatwo jest żyć po śmierci. Czasem trzeba na to stracić całe życie." Jak go można zinterpretować? Co wogóle myślicie o niesmiertelności? Czy człowiek może być nieśmiertelny? Zapraszam do komentarzy:) skomentuj (18) 2004-10-17 11:47:48 >> Życie bez zasad.... "Zamieszkałem w lesie, albowiem chciałem żyć świadomie, stawiać czoło wyłącznie najbardziej ważkim kwestiom, przekonać się, czy potrafię przyswoić sobie to, czego może nauczyć mnie życie, abym w godzinie śmierci nie odkrył, że nie żyłem. Nie chciałem prowadzić życia, które nim nie jest, wszak życie to taki skarb; nie chciałem też rezygnować z niczego, chyba że było to absolutnie konieczne." Henry David Thoreau Co myślicie o tych słowach? Jak je rozumiecie? Czekam na komentarze:) Ps. Bardziej zainteresowanych odsyłam do ksiazki tegoż autora "Życie bez zasad". skomentuj (11) 2004-10-15 23:29:00 >> Telepatia... Gadałem dzisiaj z pewną osobą na gg. Nie wiem gdzie mieszka, ile ma lat, jak wygląda, czym się zajmuje nic kompletnie nic! A jednak kiedy z nią gadałem przechodziły mi ciarki. Nie wiem, co to było. Jakby telepatycznie mi przekazała, że... No własnie, że co? Nie mam pojęcia. Co najśmieszniejsze była strasznie opryskliwa, nietowarzyska i nie chciała ze mną gadać. No i na koniec mnie zablokowała. Ale było w niej coś takiego intrygującego... Jaka nadzieja mi pozostała, ze kiedykolwiek ją spotkam? Ma adres własnie tej stronki i może własnie czyta tę notkę... skomentuj (11) |